GDZIE WARTO ZJEŚĆ W ATENACH?

Zacznę temat od małego głodu 🙂 W Atenach jest sporo niewielkich barów szybkiej obsługi (np. Breakfast Brunch Lunch niedaleko Syntagmy), które serwują świetne przekąski na ciepło i pyszną kawę. Koniecznie spróbujcie greckiej pizzy w cieście filo i kanapki z ciastem drożdżowym jak na pączki, ale w wersji słonej. Dla nas to był bardzo smaczny początek zwiedzania w drodze z lotniska do hotelu.

Później odkryliśmy, że lokalsi wybierają bar z charakterystycznym zielonym napisem, który niestety nic nam nie mówił. Sprawdziliśmy, że jest to sieciówka o nazwie Gregorys. Zatrzymaliśmy się na szybką kawkę (capuccino 2,1 euro) i ciacho (1,7 euro) podczas wizyty w Pireusie. Bardzo lubimy na chwilę przysiąść w takim lokalnym barze i przyjrzeć się codziennemu życiu mieszkańców.

W Atenach pierwszy raz spotkaliśmy obwarzanki w tylu wersjach! Są z mąki pszennej lub żytniej, z sezamem, z makiem, z orzeszkami, w polewie czekoladowej, z masą czekoladową czy takie a’la pizza. Nam smakowały najbardziej klasyczne z sezamem (0,50 euro) oraz z polewą czekoladową i orzeszkami (1,2 euro).  Najlepsze u Pana z żółtą budką przed wejściem do metra na placu Syntagma. Uwaga, bo bardzo wciągają!;)

Jak już jesteśmy przy słodkościach to znowu Ateny bardzo miło nas zaskoczyły. Poznaliśmy waflaki, czyli pokrojone na kawałki gofry podawane z polewą, posypką i lodami. Są przepyszne, a przede wszystkim taka wersja gofra jest mega wygodna w konsumpcji – dostajesz je w nieprzemakalnym, zamykanym pudełku z widelcem w komplecie. Uwielbiam gofry, ale dotąd znana mi opcja podawania ich była naprawdę nieporęczna. Tutaj można je jeść bez obaw, przynajmniej jeśli chodzi o czystą koszulkę 🙂 My skusiliśmy się na nie w DaVinci, który przyciąga piękną oprawą wizualną słodkości (zdjęcia najlepiej to oddają). Królują głównie „sprinkle cones”, czyli obsypane wafelki do lodów. Cały cennik na zdjęciu (kliknijcie na zdjęcie aby powiększyć), musicie ich spróbować 🙂

W związku z tym, że podczas naszego pobytu wypadał Tłusty Czwartek nie mogliśmy sobie odmówić skosztowania tradycyjnych greckich pączków. Szukaliśmy najbardziej tradycyjnej pączkarni w Atenach i znaleźliśmy Krinos założony w 1922r. Już samo miejsce ma niespotykany klimat. Wchodząc tam cofasz się w czasie o kilkadziesiąt lat, oczywiście wszystko w pozytywnym znaczeniu 🙂 Pączki są dokładnie tak tradycyjne jak sobie wyobrażaliśmy – robione na bieżąco przez starszego Greka, podawane ciepłe na srebrnej tacy lub na wynos. My skorzystaliśmy z opcji na wynos, ponieważ o dziwo była tańsza (3,20 euro). Te oryginalne, greckie pączki nazywają się lukumades i są oblane miodem z cynamonem, a wyglądem przypominają bardziej nasze oponki niż wszystkim znane polskie nadziewane pączki. Są bardzo dobre, ale też bardzo słodkie, mimo to koniecznie trzeba je zjeść będąc w Atenach!

Na jednej ateńskiej pączkarni nie skończyło się nasze świętowanie Tłustego Czwartku. W sumie nie planowaliśmy aż takiego celebrowania, ale w drodze powrotnej trafiliśmy na nowoczesną odsłonę tradycyjnych greckich pączków, którą serwują w Lukumades. Tam, z daleka widoczny, nowoczesny neon przyciąga wzrok, a możliwość nadziania owych pączków różnymi kremami sprawia, że nie możesz się oprzeć, by nie sprawdzić jak smakują w innym wydaniu. I tak kupiliśmy standardową porcję 9 pączko-kulek z nadzieniem bananowym w cenie 4,20 euro. Były pyszne, ale szczerze mówiąc bardziej interesujące smakowo są te klasyczne, pomimo iż wyglądają mniej apetycznie.

Naszym następnym greckim odkryciem było peinirli. Danie to zostało przywiezione prawie 100 lat temu z rejonów Morza Czarnego przez Greków zmuszonych do emigracji. Wyglądem przypomina pizzę w kształcie łódki, a w klasycznej odsłonie dostaniemy ją tylko z nadzieniem serowo-maślanym.  Jeśli chcemy możemy też wybrać bardziej urozmaiconą wersję np. z mięsem, z truflami, śródziemnomorską czy na słodko. Aby poznać jej smak zajrzyjcie do restauracji Smak. Sama nazwa już dobrze wróży 😉 Na zdjęciu całe menu z cenami.

Przejdźmy do konkretnych potraw kuchni greckiej, którą pokochaliśmy już pierwszego dnia!

Po zakwaterowaniu w naszym ateńskim gniazdku ruszyliśmy w poszukiwaniu knajpki na obiad. Z placu Syntagma weszliśmy na jedną z najbardziej popularnych ulicy w Atenach – Ermou, która przepełniona jest sklepami europejskich sieciówek. W tym zakupowym otoczeniu trudno było znaleźć coś sensownego, tym bardziej że była to pora sjesty. Zdecydowaliśmy się na Tzatziki, które swoim prostym menu (www.royalsouvlaki.gr/en/store-ermou/menu ) zachęciły nas do wejścia na górę -do części restauracyjnej. Tam podjęliśmy szybką decyzję, że bierzemy gyrosa. Znamy polską wersję, dlatego chcieliśmy spróbować pierwotnej – greckiej. Było pysznie i niedrogo. Idealnie na szybki obiad. Co więcej, Tzatziki to międzynarodowa minisieciówka, którą możecie też znaleźć w Londynie czy Nowym Jorku.

Całe popołudnie i wieczór zwiedzaliśmy pieszo okolice placu Monastiraki. Po kilku godzinach chodzenia, gdy już byliśmy na Place, zdecydowaliśmy się na kolację  w restauracji Estia przy ul. Kidathineon. Zamówiłam jedną z najbardziej znanych greckich potraw – moussakę (8 euro), a Robert jagnięcinę z ziemniakami, serem feta i białym sosem, zapiekane w glianianym naczyniu (13 euro). Te dwa dania to zdecydowanie „must eat” w Atenach, koniecznie ich spróbujcie. Jedzenie w Estii było bardzo dobre i z pewnością mogę je Wam polecić.

Kolejnego dnia planowaliśmy zwiedzanie Akropolu, ale nie sądziliśmy, że zajmie nam to kilka dobrych godzin i niestety nie wzięliśmy żadnego prowiantu. Dlatego po zejściu ze wzgórza, od strony przystanku metra Acropoli, chcieliśmy czym prędzej usiąść w restauracji i zamówić coś pożywnego. Wybór padł na Arcadię, która ma bardzo dobre opinie na Tripadvisor. Konkurencji wokół jest dosyć sporo, ponieważ cała alejka to szereg restauracji, ale to Arcadia skradła nasze serca. Zamówiłam lachanodolmades (10 euro), czyli po prostu gołąbki (teraz wiem skąd pochodzą!). Od naszych gołąbków różnią się sosem – greckie są podawane w kwaśnym sosie cytrynowym. Robert natomiast zamówił bifteki z mięsa wołowego z pitą, ziemniakami, pomidorkami i sosem (11 euro). Całość dopełniła lampka wina. To był bardzo przyjemny obiad, a obsługa świetnie nas ugościła mimo sjesty.

Któregoś wieczora wybraliśmy się na kolację do dzielnicy Psyri, która znajduje się na północny-zachód od placu Monastiraki. Jest to kilkanaście wąskich, nastrojowych uliczek, dlatego też najwięcej ludzi przychodzi tam właśnie na kolację czy drinka wieczorową porą. Nasz wybór lokalu znowu podyktowany był licznymi pozytywnymi opiniami Tripadvisora. Taverna Lithos nie zawiodła nas ani trochę. Było dokładnie tak dobrze jak o niej piszą. Na przystawkę wjechała sałatka grecka, którą pokochaliśmy równie mocno jak tzatziki. Grecka feta robi robotę i z perspektywy czasu już wiem, że nigdzie nie smakuje tak dobrze jak w Atenach! Wracając do kolacji, jako dania główne zamówiliśmy souvlaki (8,90 euro) i beef ragu pasta (12,10 euro). To pierwsze jest moim ulubionym w kuchni greckiej, natomiast druga pozycja jest dziwnym rodzajem włoskiego al ragu (o którym możecie przeczytać w poście 5 MIEJSC W BOLONII, W KTÓRYCH MUSISZ ZJEŚĆ).

Stołowaliśmy się jeszcze w dwóch innych miejscach, z czego jedno jest naszym numerem jeden w Atenach, a drugie pozostaje gdzieś daleko w tyle. Zacznę od tego gorszego – Diodos Agoras. Jak nazwa wskazuje jest przy Agorze ateńskiej, w ścisłym centrum historycznym, przy deptaku Adrianou. Niczym się nie wyróżnia z rzędu restauracji obok. Ale czasem trzeba zjeść też w takim miejscu, szczególnie jak dopada nas nieproszony głód, a zmęczenie jest na tyle duże, że nie mamy siły na dalsze szukanie. Długo czekaliśmy na swoje zamówienie, ja wzięłam ulubione souvlaki (9 euro), a Robert grecki „cheese cake” na słono (5,50 euro). Powiem krótko: bez szału. I nie bądźcie zdziwieni jak kelner przyniesie jedno danie, a z nim od razu rachunek za nie. My już się wkurzyliśmy, że zapomnieli o drugim, ale okazało się, że po prostu tak robią, że do każdego dania przynoszą rachunek osobno – pewnie dlatego, że nie ma przypisanego kelnera do stolika i jest zamieszanie. Nie wygląda to dobrze, ani profesjonalnie.

Natomiast nasz numer jeden to Klepsydra znajdująca się na Place, poniżej Anafiotiki. Miejsce ze świetną, luźną atmosferą i przepysznym jedzeniem. Klasycznie na przystawkę sałatka grecka na dwoje (6,50 euro), potem moussaka (9 euro) zapiekana w specjalnym glinianym naczyniu i wielki seabass z ziemniakami i sałatką (13,50 euro). Palce lizać! Do tego litr domowego białego wina (6 euro) i tak celebrowaliśmy ostatni dzień aż do północy. To bardzo nastrojowa knajpka, w której część krzeseł znajduje się na wąskiej, urokliwej uliczce. Miejsce stworzone na romantyczną kolację we dwoje!

Na koniec tej smacznej opowieści istna wisienka na torcie! To Restauracja i Coctail Bar 360 deegres (link do strony www.360hotelathens.com/restaurant-bar). Jak sama nazwa wskazuje, zobaczycie tam niesamowity panoramiczny widok na Ateny, z wielkiego tarasu, na dachu budynku znajdującego się przy placu Monastiraki. Przepiękne doznania wizualne połączone z możliwością skosztowania dań kuchni greckiej i śródziemnomorskiej. Co prawda nie zamawialiśmy nic w restauracji, ale certyfikat jakości na Tripadvisor mówi sam za siebie. Jest to miejsce, do którego TRZEBA pójść będąc w Atenach. Widok zwala z nóg, szczególnie o zachodzie słońca, które w tym czasie chowa się za jeden z najpiękniejszych zabytków – Hefajstejon. Do tego świetna atmosfera, idealnie dobrana muzyka, tradycyjna kawa po grecku (mocna i oleista) i ta bliskość Akropolu.. Można patrzeć godzinami…

Podobne posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *